Artur Ławniczak

Chińskie wyzwanie

Według Samuela Huntingtona, określającego cele polityki USA w nadchodzącym stuleciu, największymi wyzwaniami dla Waszyngtonu będą muzułmanie i Chińczycy. Zarówno jedni, jak i drudzy wykazują się dużą odpornością na lansowane przez północnoamerykańskie mocarstwo wzorce cywilizacyjne. Huntington podkreśla, że głębokie przywiązanie do własnych norm cywilizacyjnych uniemożliwi przetworzenie tych ludów na wzór i podobieństwo północnych Atlantydów, co ma stanowić zasadniczą przeszkodę na drodze do powstania światowego rządu. Wróg, jak to polecał Carl Schmitt, został zdefiniowany i w ten sposób mniej więcej wiadomo już jaką politykę uprawiać po 2000 r.

A zatem globalni opozycjoniści ukrywają się w meczetach i w labiryntach Zakazanego Miasta. Różnica polega na tym, że meczetów jest wiele, a pekiński kompleks cesarski jest jeden. Muzułmanie są podzieleni na sunnitów i szyitów oraz na szereg państw, stosunki pomiędzy którymi są bardzo skomplikowane i czasami nawet wojenne (konflikt iracko-irański czy iracko-kuwejcki). Chińczycy są politycznie zjednoczeni (z niewielkim wyjątkiem Tajwanu) i niewątpliwie stanowią już w tej chwili nie tylko potencjalne, ale również realne zagrożenie dla światowej dominacji WASP-ów. Odpowiadając na rzucone w "Weselu" pytanie można powiedzieć, że Chińczycy trzymają się dosyć mocno i robią swoje, nie przejmując się specjalnie tzw. międzynarodową opinią publiczną.

Jeżeli porównamy aktualną sytuację Kraju Środka z tą, jaka miała miejsce wówczas, gdy Wyspiański pisał swój dramat, to różnica jest uderzająca. Na początku XX stulecia upadające cesarstwo było upokarzane przez "zamorskie diabły", które wysyłały swoje ekspedycje wojskowe, zakładały kolonie nadmorskie i eksterytorialne getta w wielkich miastach, ustanawiały oficjalne strefy wpływów obejmujące całe prowincje i lansowały nałóg opiumowy. Liberalne elity uznały, że "tak dalej być nie może" i w efekcie Sun-Jat-Sen obalił Pu-Ji, aby proklamować republikę. Uczyniono zatem to samo, co parę lat później w Rosji.

Zmusza do zastanowienia porównanie historii tych dwóch wielkich państw w kończącym się wieku. Imperium carskie przed wojną rosyjsko-japońską prężnie rozpychało się we wschodniej Azji, biorąc swoją część chińskiego tortu w Mandżurii i umacniając się w Korei. Imponowało światu ekonomicznymi wskaźnikami i literaturą oraz swoją elitą, zachowującą pomimo francuskojęzyczności zdecydowaną odrębność i nie ulegającą anglomanii. Rosja rzucała ewidentne wyzwanie innym mocarstwom i została za to przykładnie ukarana. Inspirowani zagranicznymi wzorcami demokraci usunęli "niereformowalny" carat, po czym "pożyteczni idioci" zostali usunięci przez bolszewików. Ci ostatni po pokonaniu "przejściowych trudności" znowu wkroczyli na mocarstwowe szlaki.

Podobny schemat odnajdziemy na południe od błękitnych fal Amuru, choć występują różnice w długości trwania poszczególnych faz. Burżuazyjna republika przetrwała w Pekinie znacznie dłużej niż w Petersburgu, bo ponad 40 lat, ale jej koniec był taki sam. Jej historia to w największym skrócie nieudolne próby przeszczepienia form państwowych z innych kontynentów. Była pogrążona w kryzysie ekonomicznym, najeżdżana przez Japończyków oraz trawiona przez wojny domowe toczone przez różnych ambitnych generałów, z których największą karierę zrobił Czang-Kai-Szek. Nie udało mu się jednak pokonać komunistycznego wroga i w 1949 r. czerwony sztandar załopotał nad Placem Niebiańskiego Spokoju. Rozpoczęło się odzyskiwanie pod nowym kierownictwem szanowanej w świecie pozycji.

Nasuwa się pytanie, czemu tak się stało? Dlaczego "Wschód jest czerwony", jak to się śpiewa nad Żółtą Rzeką ? Szczepionka pluralistycznej demokracji parlamentarnej została odrzucona przez chiński organizm, ponieważ okazała się zupełnie niekompatybilna. Wyobrażenie, że uda się ustanowić taki model w kraju, w którym polityczna jedność jest ideałem, gdzie odwieczną cnotą jest posłuszność, a wszelka myśl o opozycyjności jest świętokradcza jest przejawem albo wielkiej naiwności albo przykrywką dla wielkiego planu osłabienia przeciwnika. Stalin powiedział kiedyś, że budować w Polsce socjalizm to tak, jak próbować osiodłać krowę. Chińska krowa nie nadaje się do tego, aby prowadzić ją na sznurku demokratycznego frazesu. Idee wymyślone gdzieś pod Akropolem są dla Hanów bajdurzeniami infantylnych barbarzyńców, darem Danajów, w którym skrywają się rozkładowe pierwiastki. Dla przeciętnego chińskiego chłopa pozujący na inostrańców panowie ze stolicy byli wrogami własnego narodu, a Mao to ten, który reprezentował chińską rację stanu i sprzeciwiał się zagraniczniakom, w tym również starszym komunistycznym braciom z Kremla. "Kitajski socjalizm" okazał się być wyjątkowo narodowy w swej treści. Wielki Przewodniczący w swym szarym kubraku stał się dla mas nowym wcieleniem kolorowo ubranych Synów Nieba i zrealizował społeczne zapotrzebowanie na nieomylnego włodarza. Demoliberalizm został wyrzucony na śmietnik historii, a wszechświat odzyskał naturalny porządek.

Wiejski Wschód pokonał zurbanizowaną Północ. Największy kraj Azji przestał słuchać syrenich śpiewów dobiegających ze swego europejskiego przylądka oraz od europejskich bękartów znad Potomaku. Komunizm zwyciężył, bo nie można było (przynajmniej na "aktualnym etapie rozwoju") powrócić do starych form ustrojowych, ale trzeba było skończyć z tym, co dzieliło państwo i spychało je w szeregi światowych pariasów. Z braku lepszych pomysłów dobry był i komunizm. Być może kiedyś pojawi się coś lepszego. Póki co Chińczycy wyciągają wnioski z rosyjskich błędów.

Uznali, że zupełnie niepotrzebny był XX Zjazd KPZR z niszczącym podstawy oficjalnej ideologii antystalinowskim wystąpieniem Chruszczowa. Takich rzeczy po prostu się nie robi. Wyobraźmy sobie, że któryś z północnoamerykańskich prezydentów oświadcza, że Lincoln przelał niepotrzebnie morze krwi i trzeba zamknąć jego mauzoleum. Szok byłby ogromny - ileś tam razy większy od kacu po Watergate. A przecież Stalin dla Sowietów był kimś ważniejszym niż pogromca Dixielandu dla Jankesów. Po 1956 r. wiara we własne racje w ZSRR już tylko malała i Chiny uzyskiwały kosztem nich rosnące wpływy w kręgach lewicy. Uzyskały doskonały argument podważający mit Kraju Rad. Radio Pekin wspomagane dzielnie przez tirańską rozgłośnię grzmiało na wszystkie kontynenty o prawicowym rewizjonizmie moskiewskim, o podstępnych "chruszczowcach", o spisku radziecko-amerykańskim. Nawoływano do walki światowej Wsi z Miastem. Czerwona Książeczka Mao była czytana pod wszystkimi szerokościami geograficznymi i wrażenie jakie wywierała na lewicy jest porównywalne chyba tylko z Manifestem Komunistycznym.

Potem Chruszczow został odsunięty, ale raz zanegowana wiara w system nie mogła się już odrodzić i imperium sowieckie nieuchronnie zmierzało do upadku. Głupie (albo robione na zamówienie wrogów) reformy Gorbaczowa doprowadziły do rozpadu państwa. Stare chińskie przysłowie głosi, że wstyd pośliznąć się dwa razy w tym samym miejscu. To właśnie przytrafiło się Wielkorusom. Już raz po 1905 r. demokratyzowali system i wiadomo, jak to się skończyło. Po kilkudziesięciu latach efekt był podobny - smuta. Rosji już się nikt nie boi poza redaktorami kilku prawicowych gazet w Polsce. Sic transit gloria imperii.

Za Wielkim Murem nikt z oficjałów nie poważył się jak do tej pory na wygłoszenie krytycznej wypowiedzi o Wielkim Sterniku. Jego portret ciągle góruje nad placem Tien-an-Men, a przed mauzoleum ciągle stoi potężna kolejka. Wciąż komunizm jest oficjalną doktryną państwową i nie pozwala się wyśmiewać z Marksa, Engelsa, Lenina czy Stalina. Oczywiście są problemy, bo wrogowie nie śpią. Najpoważniejszą próbą powtórzenia rosyjskiego wariantu były rozruchy studenckie w 1989 r. Zbuntowana młodzież zakwestionowała nieomylność Przewodniczącego i postawiła pomnik konkurencji w postaci kopii nowojorskiej Statuy Wolności. Prowokacja zakończyła się zwycięstwem ancien régime'u i ponownie l'ordre régne a Pékin.

Ponieważ za Ben Akibą wiemy, że wszystko już było, to po chwili namysłu dochodzimy do nieuniknionego déja vu. Dzisiejsze Chiny występują w roli Rosji sprzed wojny 1904 r. Ogromny, rządzony autokratycznie kraj zadziwia świat tempem swego rozwoju i przeraża go odmiennością, wiarą we własne siły i odpornością na cudze wpływy. Problem jak zwykle tkwi w inteligencji. To ona zgubiła Rosję, gdy zaczęła krytykować cesarza i cerkiew, a w efekcie uległa syrenim śpiewom heroldów demokracji. Chińscy dysydenci, pomimo być może najszczerszych chęci, mogą odegrać podobną rolę, gdy np. w łonie kierownictwa Partii rozgorzeje walka frakcyjna i komunistyczni liberałowie zwrócą się z apelem o pomoc. Robak tzw. praw człowieka gdzieś tam próbuje podgryzać fundamenty chińskiej fortecy i być może kiedyś je skonsumuje, po czym zakwitnie zapowiadanych przez Mao sto kwiatów. Tyle tylko, że sporo z nich to byłyby przypuszczalnie maki wyrosłe z krwi przelanej w walkach rozmaitych diadochów. Rozpad Jugosławii to bajeczka dla przedszkolaków w porównaniu z tym, co mogłoby się rozpętać na gruzach ChRL.

W historii Chin cyklicznie powtarzają się okresy świetności i upadku. Państwo się jednoczy, pokonuje barbarzyńców, rozkwita kultura i wyrafinowana sztuka, po czym przychodzi krach, północ walczy z południem, pustoszeją wsie i miasta, nadciągają zarazy oraz najeźdźcy, którzy podbijają osłabionych tubylców, po czym ulegają starej cywilizacji i tworzą wielką dynastię. Mijają lata i rządzący degenerują się, na dworze nasilają się spiski eunuchów i kobiet, co wreszcie kończy się zamachem stanu i znowu przychodzi zamęt. Ten klasyczny schemat zapewne znów się powtórzy, ale nie wiemy, kiedy to nastąpi. Po szkodzie będziemy mądrzejsi, ale w tej chwili żaden sinolog nie ośmieli się postawić dokładnej prognozy, bo jak zwykle zbyt dużo jest niewiadomych. Chiny co prawda są bardziej otwarte niż Korea Północna, ale pomimo wszystko nikt zbyt dobrze nie zna nastrojów w armii, na uniwersytetach czy też w odległych wsiach. Pamiętamy wszyscy jak zaskoczyła ekspertów rewolucja w Iranie. Kto wie, co może się wydarzyć jutro albo za dziesięć lat w cieniu Zakazanego Miasta. Z pokorą musimy stwierdzić, że nie zawsze będzie tak jak teraz, lecz nie znamy dnia ni godziny.

Aspekt międzynarodowy to oczywiście przede wszystkim poczynania USA. Jeżeli założymy, że nie zdecydują się one na otwarty konflikt militarny z Czerwonym Mocarstwem, to będziemy obserwować kolejne odsłony zimnej wojny, która tak naprawdę trwa nieprzerwanie od 1946 r., tyle tylko, że po radzieckim krachu w roli Imperium Zła występują Chiny Ludowe. Pozostając przy hipotezie braku prawdziwej wojny, musimy stwierdzić, że rywalizacja będzie polegać na oczekiwaniu powtórzenia się radzieckiego wariantu na podwórku rywala. Pasjonujące pytanie kto kogo wciąż nie jest rozstrzygnięte.

W dłuższej perspektywie czasowej należałoby oczekiwać, że takie czy inne Chiny będą istnieć, a Stany Zjednoczone Ameryki niekoniecznie. Chińczycy są mistrzami w sztuce trwania i widzieli już upadek wielu swoich rywali, przed którymi kiedyś drżał świat. Cóż znaczą dziś np. tacy Mongołowie, gdzie są Rzymianie, co się stało z kalifatem bagdadzkim albo z katolickim cesarstwem habsburskim? Nie ma specjalnych podstaw, aby twierdzić, że tym razem będzie inaczej. USA to sztuczne państwo, które nie przeszło jeszcze żadnej poważniejszej próby, nie było okupowane i nie jest przywykłe do tego, aby przegrywać wojny, o czym świadczy potężny wstrząs po średnio ważnej porażce w Wietnamie. Prawdziwie wielkie narody poznaje się w chwilach porażek i indochińska awantura jest tu dosyć pouczająca. Jankesom brakuje cierpliwości i to powinno się okazać decydujące. Nie są w stanie wyobrazić sobie, że kiedyś może być inaczej, że Wielki Kryzys 1929 r. to może być zaledwie preludium do naprawdę ciężkich dni. Sporo z nich naprawdę uwierzyło, że historia się skończyła i lew może już spoczywać w spokoju obok jagnięcia. Trwa upojenie sukcesem, ale wydaje się, że powolutku kruszą się gliniane nogi kolosa. Żadne państwo nie jest w stanie wytrzymać przez dłuższy czas ideologii political correctness. Nawet jeżeli nastąpi otrzeźwienie i pojawi się fala konserwatywnej reakcji, to niektóre szkody będą już nie do naprawienia. Etos WASP-a właściwie już upadł, skoro ktoś taki jak Clinton mógł zostać prezydentem, a przecież każdy kraj ma takich przywódców, na jakich zasługuje. Jak na głupie 200 lat historii rozkład moralny jest imponująco szybki.

Dotyka on nie tylko USA, ale również państwa podlegające jego wpływom, a przecież trudno byłoby wskazać takie, które są zupełnie na nie uodpornione. Ponieważ walka toczy się na wszystkich płaszczyznach, to nasuwa się pytanie, komu bardziej szkodzi hedonistyczny konsumpcjonizm. Teoretycznie powinno być tak jak z wódką, co to szkodzi wszystkim, ale szczególnie Indianom czy też Chińczykom właśnie. Ekstrapolując ten przykład możemy sformułować hipotezę, że swoboda obyczajowa jest pomimo wszystko łatwiejsza do oswojenia wtedy, gdy jest efektem rozwoju własnego społeczeństwa, bo ma ono czas na przyzwyczajenie się i wytwarza stopniowo rozmaite antyciała, które mogą zwyciężyć i po rozpasaniu renesansu przychodzi jezuicki barok. Inaczej ma się rzecz wówczas, kiedy rozkładowe wpływy napływają z zewnątrz, wypłukane z konserwatywnych zapór powstających spontanicznie w miejscu ich narodzin. Dlatego właśnie wschodnie orgiastyczne kulty zniszczyły Imperium Romanum.

Dzisiaj blue jeans culture atakuje we wszystkich mediach i rozprzestrzenia to, co jest w USA najgorszego, tłumiąc rodzime wartości w Europie, Afryce czy Azji. Ameryka anglosaska została zbudowana jako opozycja dla Europy, ale w dobie globalizacji odgrywa rolę alternatywy dla całego Starego Świata, jak również dla Ameryki Łacińskiej, która ma więcej wspólnego z Hiszpanią, Portugalią czy Francją niż z Wujem Samem. Zgodnie z prawem Kopernika-Greshama błyskotki znad East River wypierają wielopokoleniowe tradycje i przekształcają różne narody w bezkształtne masy wpatrzone w jakichś Carringtonów i marzące jedynie o tym, żeby być jak tamci albo żeby przynajmniej móc wziąć udział w szczurzym wyścigu po resztki z uczty półbogów. Takiego sposobu myślenia można się łatwo doszukać w starym polskim kawale o sposobie na dobrobyt polegającym na wypowiedzeniu wojny USA i natychmiastowym poddaniu się. Sen o szpadzie, marzenie o własnej wielkości zostało zastąpione przez tęsknotę za MacDonaldem. Lat temu już parę zaskoczyli mnie rodacy wybierający się do Wiednia głównie po to, aby móc zjeść prawdziwego, firmowego hamburgera. (Ciekawe jest to, że koncern zatrudnia tam przede wszystkim kolorowych.) Teraz dzieci z prowincji nie muszą już jeździć tak daleko. Wymarzony produkt mogą zdobyć we Wrocławiu. Wizyta w świątyni fast foodu stanowi ukoronowanie wszystkich szkolnych wycieczek do nadodrzańskiej metropolii. Gdy popatrzymy się na przyszłość narodu tłoczącą się z wypiekami na twarzy po to, by napchać się frytkami z czymś tam, to zobaczymy miniaturę dzisiejszego świata. Całe ludy przepychają się, pragnąc porzucić własną tożsamość i stać się takimi jak Tamci. Lech Wałęsa stwierdził kiedyś expressis verbis, że czuje się Amerykaninem i nie pamiętam, żeby ktokolwiek protestował przeciw temu stwierdzeniu. Historia jest złośliwa, skoro dopuściła do tego, aby wypędzani z Europy sekciarze stali się przedmiotem nabożnych westchnień tłumów. Ale cóż - napisano już kiedyś, że ostatni będą pierwszymi.

Czy Chińczycy zachowują się tak samo jak reszta świata? Przypuszczalnie nie z powodu swojej głębokiej pogardy dla wszystkiego, co obce. Wanda Wasilewska zaobserwowała onegdaj w trakcie egzotycznej podróży wielki kontrast pomiędzy służalczością Hindusów i wyniosłością Chińczyków, odnajdując u tych drugich wielkie poczucie własnej godności. Jeżeli Japończycy po tylu latach amerykanizacji ciągle trzymają się w gruncie rzeczy swoich wzorców, w czym umocniło ich seppuku Mishimy, to tego samego należy oczekiwać od chińskiego morza, w którym zatonęło już wiele fal najeźdźców. Na jednej z kilku świętych chińskich gór władze napisały kiedyś slogan: "Tysiąc lat komunizmu w Chinach". Po jakimś czasie pojawił się anonimowy maleńki dopisek: "Łatwiej jest ścinać góry i zmieniać bieg rzek niż przekształcić ludzkie dusze". Ta myśl dotyczy nie tylko wpływów komunistycznych, ale ma także szerszy wymiar. Chińczycy być może byli zawsze bardziej sobą niż jakakolwiek inna grupa ludzka na Ziemi. Są jak najdalsi od tego, aby być papugą narodów. Jedyny import (pomijając rzecz jasna wynalazki techniczne - mówimy o czynnikach głęboko kulturotwórczych), który się przyjął, to buddyzm, ponieważ jest głębszy czy też bardziej metafizyczny od taoizmu albo konfucjanizmu. Nie można tego bynajmniej powiedzieć o propozycji północnoamerykańskiej.



Wstecz